Autentyczność czy pozory?
Ludzie narzekają, że my Polacy mamy smutne miny i nie patrzymy sobie w trzy mijając się na ulicach. A ja tak sobie myślę co z tego, że ludzie patrzą sobie przez ułamek sekundy w oczy, albo się uśmiechną czy powiedzą cześć... do czego potrzebny jest nam tak powierzchowny kontakt? żeby poczuć się przez chwilę lepiej, bo mamy "doła"?
Głębsze znajomości w tych krajach gdzie ludzie są tak "radośni" nie są wcale na wyciągnięcie ręki, to że ktoś wykonuje te powierzchowne gesty nie znaczy, że jest otwarty na ludzi, to maski i nic więcej, a tyle się mówi, żeby być autentycznym, więc trochę w głowie mi się kręci, jak słyszę to narzekanie na smutne twarze w Polsce.
W Szwecji mieszkałam, wiele lat temu, ale mam inne doświadczenia. We Włoszech też spędziłam kilkanaście lat, na północy wprawdzie, ale zjeździłam prawie całe Włochy i tych uśmiechów i patrzenia mi w oczy jakoś nie zauważyłam. A od włoskiego psychoterapeuty usłyszałam, że 33% Włochów używa antydepresantów, więc coś trudno mi uwierzyć, że chce im się patrzeć ludziom w oczy i uśmiechać.
I jeszcze z racji mojego zawodu poznałam i nadal poznaję Włochów, trochę ich jest, bo mówię o 26 latach mojej pracy i jakoś trudno mi potwierdzić, to co słyszę, że są ciągle uśmiechnięci.
Tylko że uśmiechanie się do ludzi, patrzenie im w oczy i mówienie „dzień dobry” na ulicy wcale nie musi oznaczać, że człowiek jest rzeczywiście otwarty, życzliwy czy dobrze nastawiony do innych. To może być po prostu wyuczony kulturowo sposób zachowania, który został ludziom wdrukowany jako norma społeczna.
Można być bardzo uprzejmym na zewnątrz, a jednocześnie być człowiekiem zamkniętym, pełnym niechęci czy nawet pogardy wobec innych. Dlatego ja nie utożsamiam powierzchownej uprzejmości z prawdziwą otwartością człowieka.
Każdy ma oczywiście inne potrzeby, jeden uśmiechu od przechodnia inny autentyczności. Każdy potrzebuje drugiego człowieka, bo razem fajniej, ale nie do takich "kosmicznie" powierzchownych kontaktów.
Ludziom brakuje głębokich, stałych, fajnych relacji, żeby pogadać poważnie, pofilozofować, ale i pośmiać się. Co mi po patrzeniu mi w oczy przez ułamek sekundy, nawet przez 100 osób, jak w niedzielę nie mam z kim wyjść na spacer, albo zjeść obiat czy wypić kawę?
Ponieważ interesują mnie bardzo relacje, więc od lat śledzę wiedzę na ten temat i okazuje się, że w tych uśmiechających się, patrzących sobie w oczy na ulicach krajach ludzie jeszcze bardziej czują się samotni. Uśmiechać się wcale nie znaczy, że jest się otwartym, ale oczywiście rozumiem, że sztuczność i pozory też mają swoich zwolenników, pomimo mody na autentyczność

Komentarze